Strona główna Dziennikarstwo Malarstwo Aktualności Kontakt

Okładka książkiUlegając sugestiom wydawcy, przekazuję szanownym czytelnikom "wizerunek" własny.
Urodziłem się pod koniec II wojny światowej w Młodzawach w powiecie pińczowskim (województwo kieleckie) z matki Leokadii (nazwisko panieńskie Banach) i ojca Stanisława, zamordowanego przez hitlerowców w obozie Matthausen.
   Na świat przyszedłem w "średniorolnej" rodzinie chłopskiej, co miało wówczas ten skutek, że moja rodzina "zakwalifikowana" po wojnie do "kułaków", co powodowało liczne perturbacje łącznie z szykanami, które odczułem boleśnie na własnej skórze jako dziecko.
 Po ukończeniu szkoły w Młodzawach i wyrośnięciu z wiejskich, krótkich porciąt, moja mama zdecydowała, że będę chodził do pińczowskiego gimnazjum i może zostanę... księdzem.Pobożne życzenia pobożnej (niestety, nieżyjącej już) mamy się nie ziściły... A później już studia architektoniczne w Krakowie, przeprowadzka na "zachód" do Opola, praca w zawodzie, a od roku 1997 - wydawanie Tygodnika Regionalnego "Echo Gmin", praca redakcyjna, publicystyczna oraz "owoc" w postaci tej książki...

Zygmunt Mierzwiński

 

Opowieści młodzawskie (fragmenty)

Pewnego dnia - jako się rzekło - Helka zwadziła się z Błaszczykową... Jedna i druga wyskoczyły na drogę i dalejże pyskować, a obrzucać się zajadle wyzwiskami. Kobiety zapaliły się do tego stopnia, że w końcu same chyba nie wiedziały, o co tak naprawdę im poszło. Niesłychany babski jazgot rozlegał się na całą wieś, więc zaczęli się gromadzić kibice wspierający i zagrzewający „do boju” obydwie strony... Po kilkunastu minutach takich pyskówek pierwsza zmieniła taktykę i pozycję Błaszczykowa. Nie przestając sypać niecenzurowalnymi wiązankami słów, odwróciła się do Helki, zadarła kieckę i kucając, błysnęła gołym tyłkiem - jako że noszenie majtek na co dzień nie było wtedy modne ani wygodne - w stronę oponentki. Ta, oczywiście, nie chcąc pozostać dłużną, przybrała tę samą pozycję i tak na środku drogi w odległości od siebie ok. 50 metrów dwa babskie, gołe, białe, błyszczące, tłuściuchne tyłki zaczęły ze sobą konkurować, który którego przetrzyma w czasie. Kibice, oczywiście, po obu stronach z wielką radością komentowali wszelkie zalety i wady wystawionych części ciała (...).

Fragment opowieści pt. „Muse te cholere przetrzymać” z cyklu „Kołchozy”.


Wyobraźcie sobie, szanowni czytelnicy, zwalistą sylwetkę ważącą grubo ponad sto kilogramów, wtłoczoną w szerokie, wymięte, obwisłe portki, których zapięcie nigdy nie stykało się ze sobą z tej prostej przyczyny, iż opinało ogromne, rozlewające się i zwisające do kolan brzuszysko, zwieńczone wiekowym poprzecieranym paskiem podtrzymującym ów męski, przerośnięty zbiornik pokarmów różnych... Nogawki niemiłosiernie pofałdowanych i pogniecionych portek zazwyczaj cajgowych lub drelichowych (czasami bywał też sztruks) wsunięte były dołem w obfite, chłopskie gumowce, z których zawsze wystawały onuce i... wiechcie wyścielającej podeszwy butów młóconej słomy. Nad niedopiętymi w pasie portkami rozrastał się obfity tors odziany w rozchełstaną koszulę i wymyślnie skrojone drelichowe (bądź cajgowe) „wdzianko”, które dziś określilibyśmy... marynarkobluzką (...).

Fragment opowieści pt. „Kaźmirz” z cyklu „Gołębie serce i nerwy Kaźmirza”.

 


Dyskretny urok młodzawskiego świata. Posłowie.

 

„Opowieści młodzawskie” ukazywały się w „Echu Gmin” od roku 2004. Części owych tekstów miałem okazję się przyjrzeć nieomal w trakcie ich powstawania, a później - gdy kolejno ukazywały się na łamach tygodnika.

* * *

Sporo tu, w naszej redakcji, było rozmów na ich temat, rozmaitych aneksów i suplementów „oratorskich” redaktora Zygmunta Mierzwińskiego do poszczególnych postaci oraz zdarzeń, głośnego czytania niektórych powiastek, ba, nawet prób mimetycznego odtwarzania zachowań postaci, przywołanych do życia „piórem” i wyobraźnią autora.

Długo nie zapomnę uteatralizowanej relacji redaktora naczelnego, opowiadającego o przygodzie „umierającego” w krzakach Teofila Janickiego, który chciał zostać zabrany przez pogotowie ratunkowe, ale nie z chaszczy, a z domu, „jak goszpodorz”, albo salw śmiechu, kiedy – mimo gotowego już tekstu – wysłuchiwaliśmy, jak to Antoni Błaszczyk pożyczywszy sąsiadowi swoje grabie, chciał z powrotem swoje, chociaż zostały złamane, a winny oferował mu nowe. No, a już ta pyszna anegdota o babach, wypinających ku sobie gołe przyrodzenia, która którą dłużej przetrzyma...

Wśród różnorodnych dykteryjek były też wielce pouczające, jak choćby o konsekwencjach braku przecinka w piśmie urzędowym lub nawet teksty tragiczne bądź tragikomiczne – niemal rodem z prozy Marii Konopnickiej, np. „No, mała, postojsa” o Kaźmirzu dręczącym okrutnie konia lub ta o „zmartwychwstałym”, co to powróciwszy do domu, przestraszył matkę „na śmierć”.

* * *

W każdym razie Młodzawy przez ten czas „istniały” w redakcji „Echa Gmin”, a przynajmniej znalazły tu swoją „filię” i... pierwszych, wdzięcznych odbiorców owych opowieści.

No, ale to my, należący do redakcyjnego zespołu tak reagowaliśmy. A inni? Nie zabrakło i tych właściwych odbiorców – czytelników „Echa Gmin”, którzy dzwonili do redakcji, prosząc o kontynuację opowieści, pisali listy, a nawet – jak pewien krajan autora – komentowali gwarą kolejny tekst na stronach internetowych.

Niektórzy dawali znać jeszcze inaczej, jak np. radna powiatu - Marta Szydłowska, która nadesłała Zygmuntowi Mierzwińskiemu książkę autorstwa Edwarda Krawca pt. „Moje światy” wydaną kilka lat temu w Krakowie, a wraz z nią list:

„Z dużym zainteresowaniem i przyjemnością czytam w naszym „Echu Gmin” kolejne opowiastki młodzawskie. Pomyślałam, że – być może – ich autor będzie chciał przeczytać książkę, którą wydałyśmy z siostrą jej tacie, a mojemu ojczymowi. Jest ona wspomnieniem z przeszłości”.

Właśnie wybór gatunku sprawił, że w opowiastkach Zygmunta Mierzwińskiego rozmywają się niekiedy kontury kompozycyjne całości, tekst – bywa - wpada z dygresji w dygresję, z anegdoty w anegdotę na zasadzie „matrioszek” fabularnych, zaś narracja ma wybitnie antyintelektualny charakter, choćby ze względu na „ograniczony” horyzont zdarzeń i ocen wypowiadającego się narratora, który jakby mimowiedne powtarza część gwaryzmów swoich postaci.

Ten założony, aintelektualny charakter tekstów Zygmunta Mierzwińskiego z jednej strony zbliża je np. do retoryki narratora „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza czy „Szkiców węglem” Henryka Sienkiewicza, z drugiej – poprzez nieobecność innych wskaźników, jak choćby powtórzenia czy poprawienia – oddala nieco od gawędy sensu stricto, a upodabnia do niektórych cech skazu, pokrewnego gawędzie, rosyjskiego gatunku prozy wypowiadawczej, szczególnie tej w mistrzowskim wykonaniu Mikołaja Gogola czy Michaiła Zoszczenki. W „Opowieściach młodzawskich” odnaleźć bowiem można sporo gogolowskich tzw. gestów fonicznych i fragmentów narracji imitującej, jak choćby w „Antonim”, gdzie mowa o odmierzaniu „bijoka” wedle słów i rytmu wierszyka.

* * *

Obrazy Zygmunta Mierzwińskiego były wystawiane publicznie wiele razy. Podczas jednej z ekspozycji w 2005 roku autor nazwał cykl swoich prac „Piękna nasza Polska cała” i trudno tego zauroczenia pejzażem - przede wszystkim polskim i... standardowym - nie zauważyć.

Część z nich jest wybitnie liryczna dzięki szerokim pociągnięciom pędzla i pastelowym kolorom, a głównie - rozmaitym odmianom żółci, zieleni i błękitu, a gdzieniegdzie brązom połączonym z bielą.

„Archetypy” malarskie, tak pilnie odwołujące się do alegorycznych ujęć narodowych: rzewnej brzozy, zakosami płynącej rzeczki czy polnej dróżki przecinającej żółte łany pól, mogą nawet zwodniczo uwodzić sui generis nostalgią za tym, co stanowiło przywilej młodości autora. Może też i tym, co zostało zawieszone między perspektywą mitologiczną twórcy a nielicznymi już fragmentami polskiego universum wsi i natury, w których ów świat da się jeszcze odszukać.

Jakże inne na tym tle jest ujęcie, utrwalające malarsko fragment Młodzaw i będące artystycznym zapisem rodzimego domu autora oraz najbliższej okolicy, twór niemal „szkolny” warsztatowo, a niepokojący rodzajem zastosowanego „kadru”, bo perspektywą zza pnia drzewa, co sprawia wrażenie ukradkowego podglądania „miejsc w czasie odległych”.

Znacznie bardziej zróżnicowane technicznie są portrety autorstwa Zygmunta Mierzwińskiego: od ikonicznego ujęcia starej kobiety, kryjącej twarz w spracowanych dłoniach, po naturalistyczną, wręcz prostolinijną scenkę z karczmy, gdzie człowiek o twarzy Aleksandra Bardiniego siedzi przed kuflem piwa. Obydwa łączy jeden „ornament” – mgła (?), spowijająca dolną część obrazu, dzięki czemu twarz i ręce postaci stają się bardziej wyraziste oraz – paradoksalne to - paraboliczne.

Ciekawy także, o lekkim zacięciu satyrycznym, jest realistyczny portret „człowieka z flaszką”, zaś wpisany w rodzime tło wiejskie wizerunek „klarnecisty” ujmuje niebieską fakturą obrazu, choć w kontekście innych prac to ujęcie wydaje się dość przekorne zarówno dzięki wprowadzeniu owego klarnetu (a nie fujarki „wykręconej” z wierzbiny) jak i poprzez zimną, biało-niebieską kolorystykę całości.

Wiele obrazów oferuje przy tym niebanalną kompozycję, jak choćby „odwrotną” przekątną (z lewego dolnego do prawego górnego rogu) niż klasyczna, akademicka. Ta przekątna często wyznacza bieg rzeczki, drogi czy granice pól, a przecież Zygmunt Mierzwiński maluje – jeśli mi dobrze wiadomo – prawą, nie lewą ręką. Podobne „odstępstwo” od kanonu, zresztą obecnie powszechne, wprowadza pewien niepokój i stanowi być może konstrukcyjny emblemat tego, że nie wszystko jednak z owym narodowym, arcypolskim pejzażem jest w porządku. Przynajmniej ja tak odczytuję dyskretną wymowę tego i innych obrazów, nie znając faktycznych intencji autora.

* * *

Edytorsko scalona całość słowno-malarska komponuje się niejako wertykalnie, a nie tylko sekwencyjnie, „po sobie”. Nie jest więc tak, że w książce zamieszczone zostały gawędy i obrazy, ale tak, że to „barwa” i fonia słów korelują z „mową” obrazów, tworząc całościową, polisensoryczną wypowiedź o Młodzawach, polskiej wsi czy szerzej – o Polsce. Wszak obydwu formom patronuje ten sam genius loci.

Taki całościowy tekst, powstały z dwóch tworzyw artystycznych, „czyta” się więc również w „pionie”, poszukując wizualizacji słów w obrazach, zaś dla konkretyzacji malarskiej - językowych dopełnień oferowanych przez kolejne gawędy. Któż nie oderwie się choćby na chwilę od lektury opowiastki o Teofilu Janickim czy Kaźmirzu, aby nie rzucić okiem na ilustracje, odszukując wśród nich sylwetek tych dwóch i innych jeszcze postaci, i któż – oglądając np. obraz człowieka pochylonego nad dynią wyrosłą ponad inne - nie przypomni sobie uciesznej dykteryjki o „zemście” za „wpadkę” podczas wyprawy do cudzego sadu?

Inna sprawa, że obrazy „młodzawskie” namalowane zostały w tonacji serio z przymieszką pobłażliwego sentymentu i wielkim ładunkiem emocjonalnej ekspresji, gdy tymczasem gawędy – prawem gatunku – nie, posługują się bowiem w warstwie fabularnej przede wszystkim karykaturalnie skonstruowaną anegdotą o walorach komicznych bądź satyrycznych, może poza kilkoma końcowymi powiastkami.

Można powiedzieć, że to taka różnica, jak np. między oddaniem w rzeźbie np. spojrzenia jakieś postaci na sufit i znacznie dalej, bo.... w niebo. Malarstwo Zygmunta Mierzwińskiego jest owym „niebem” dla „sufitowych”, nastawionych (pozornie i dla mniej uważnego czytelnika) na ludyczną „teraźniejszość” i „bliskość” gawęd. Połączenie obydwu przestrzeni mentalnych w całość to bodaj najpoważniejsze – tak to interpretuję – wyzwanie, jakie książka stawia przed czytelnikiem.

Krzysztof Raczyński

 

Powyższą książkę, bogato ilustrowaną, o objętości 92 strony, można także nabyć w cenie 20 zł za zaliczeniem pocztowym, składając zamówienie na tej stronie internetowej w dziale kontakt.
 
 
LOGOWANIE ADMINA